Wstałam dziś rano troszkę później niż zwykle. Ostatnio nie umiem się obudzić o porze, o której zawsze wstawałam, czyli o 4 rano, czasem przed piątą. Mój organizm się zmienia. Ale nie, nie przeistaczam się w istotę świetlistą. To zwykła menopauza. Mam 52 lata i w tym roku w lutym zaczęły się huragany hormonalne u mnie.

I tak długo, bo mam koleżanki, które już w wieku 40 lat zamknęły pewien etap.

Boże! O czym ja tu piszę. Chciałam zupełnie o czymś innym, no ale musiałam jakoś zacząć, nie?

Wszystko, co będzie dalej, jest mocno związane z tym wstępem, bo zaszły u mnie ogromne zmiany na każdym poziomie. Wprawdzie, jak już nadmieniłam, nie przeistoczyłam się w żadną istotę świetlistą, nie wzniosłam się, a wręcz odwrotnie. Chwilami mam duży problem z uchwyceniem połączenia z moją duszą.

Odbija się to bardzo na moich treściach. Na tym, co piszę, albo raczej nie piszę.

Ostatnie miesiące bardzo obserwuję siebie i moje otoczenie. Te zmiany musiały nastąpić, wiedziałam, bo taka jest natura rzeczy, ale jako typ z przeważającą energią męską, mam jej teraz jeszcze więcej, albo po prostu tej energii pozwalam dominować. Nie wiem. To jest do ogarnięcia i nie zaprząta mi tak bardzo uwagi, bo męska energia pozwala mi badać wszystko, analizować i szukać naukowego poparcia dla cudów, którymi się zajmuję.

Wtedy wiem, że nie opowiadam głupot, chociaż nawet bez sprawdzania to wszystko u mnie działa. Ja zwyczajnie lubię mieć wszystko poukładane w odpowiednich sektorach. Jak w pudełeczku 🙂

No więc wracając do tego poranka dzisiejszego nareszcie (hahaha), obudziłam się, widząc ciemność. Dziwne uczucie, bo od dawna nie zaciągaliśmy żaluzji zewnętrznych i nawet nie słyszałam, kiedy Andrea to zrobił, a jestem pewna, że kładłam się spać i były odsłonięte.

Moje myśli powędrowały do upałów i mapy regionu Marche, w którym mieszkam. Mam kilka komputerów w domu, ale najchętniej siedzę przy mojej największej i najmocniejszej maszynie, do której siada czasem Andrea, a że robi straszny cyrk, to po każdej jego wizycie muszę sprzątać i usuwać programy, które jakimś cudem same się instalują.

On nigdy nie wie, jak to się stało

I przy okazji ostatnio zainstalował jakiś gadżet, który pokazuje pogodę u nas. Kliknęłam na to wczoraj i pokazała mi się mapa regionu na tle włoskiego buta, cała czerwona i napis ALERT ŻÓŁTY.

Myślałam sobie o materiałach, które czytałam w ubiegłym roku na temat słońca, ale nie chcę tutaj w to wchodzić, bo nie mam pojęcia, które informacje są prawdziwe, a które nie. I tak sobie popłynęłam w mojej wizji w góry, do górali, do Babiej Góry konkretnie i moich rodzinnych stron.

Chodziłam do źródła Wisły, Białej Wisły i ono jest bardzo wąskie, niezbyt głębokie, ale w środku lata trudno w zimnej wodzie.Wzdrygnęłam się na samą myśl i nie tylko, bo poczułam dotkliwy ból w nodze.

Moja kocica leżałą w nogach i sobie “łapkowała” na mojej łydce! Usiadłam, Gaja też natychmiast się podniosła, zaskrzeczała i zażądała pieszczot. Spróbowałabym odmówić! Obudziłaby cały dom swoim skrzeczącym miauczeniem, jak żaba.

Zeszłam na dół do kuchni, nastawiłam wodę na kawę, wsypałam jedzonko kotom do misek i zapatrzyłam się w widok za oknem. Wielkie okna na całą ścianę w kuchni i salonie są rozkoszą dla mnie, zwłaszcza, że mamy piękny widok na Monte Conero. W całym szeregu budynków, nasze mieszkanie jest jedyne ze wszystkimi oknami wychodzącymi na dolinę i góry. Cała reszta dwupoziomowych mieszkań w tych budynkach ma okna na drugą stronę. Na inne budynki, mimo, że są prawie dwa razy większe. No i mieszkamy na dwóch ostatnich piętrach, więc tym bardziej widok jest obłędny.

Parzę kawę w szklanym dzbanku z Ikei, z takim sitkiem, które po chwili opuszcza się na dół. Nie mam pojęcia, jak się nazywa ta rzecz. Nie mam nawet pojęcia, czy znałam kiedykolwiek tę nazwę i czy po prostu teraz jej nie pamiętam. Taki zwykły zaparzacz do kawy czy herbaty.

Używam go, bo sama mielę kawę w malutkim młynku i on już ze starości nie mieli tej kawy wystarczająco drobno, więc potem wciąż znajduję w każdym łyku kawy połówki czy ćwiartki ziaren. Ostatnio pojechałam nawet do Ikei specjalnie po nowy młynek. Mają tam jeden rodzaj, czarny, głęboki i fajny, ale gdy zobaczyłam kolejki do kas, odłożyłam młynek i wyszłam z niczym.

Stojąc tak, oparta o wysoki blat przy tym wielkim oknie, wpatrywałam się w cudną w porannym słońcu panoramę i rozkoszowałam ciszą w domu. Zobaczyłam biegacza w odblaskowej koszulce, którego widzę codziennie od lat. Pomyślałam sobie: Ten gość musi fatalnie jeść, bo przez te wszystkie lata wciąż ma oponkę. Tyle się nabiega i wciąż wygląda tak samo.

Kiedyś biegała też kobieta, pisałam już o niej parę lat temu. Długo biegała i też wyglądała wciąż tak samo. Była bardziej otłuszczona niż ten dzisiejszy gość. Tej kobiety już nie widzę i dzisiaj dopiero to sobie uświadomiłam.

A potem moje dziewczyny w programie się dziwią, że nie pozwalam im biegać. No ale wszystko ma sens.

Odczekałam jeszcze chwilę, nalałam kawę do ulubionego kubka – prezentu od Marzeny, i wróciłam na górę, ale już nie do sypialni, tylko do przyległego biura.

Przedwczoraj wieczorem kupiłam szkolenie. Za kupę kasy. Moje pierwsze szkolenie, za które tyle zapłaciłam, ale to jest szkolenie prowadzone przez praktyka, doktora nauk społecznych, psychologa i osoby, która ma sukcesy w biznesie.

Osobiście jestem zdania, że szkolenia są potrzebne wtedy, kiedy masz już sukcesy, wiesz jak pracować, ale potrzebujesz wszystko usystematyzować i dodać turbo do swoich działań.

Ktoś, kto kupuje szkolenia z myślą, że to one sprawią cud, wyrzuca kasę w błoto.

Mam do przerobienia ogromną ilość materiałów, jest tam mnóstwo wiedzy, którą sama wykładałam w moich zespołach, ale nie w tak piękny, naukowy i precyzyjny sposób.

Usiadłam więc do komputera, przeglądałam najpierw moje strony www, mam ich kilka. Popijałam pyszną, gorącą kawę i w ciszy i zabrałam się za usuwanie zbędnych rzeczy z najważniejszej strony, czyli z tej, na której czytasz ten tekst. Wyrzuciłam kilka wtyczek, usunęłam kilka tabel z bazy danych, wyczyściłam ze starych wersji i zoptymalizowałam całą bazę jeszcze raz.

Robiłam sobie te wszystkie rzeczy z godzinkę i usłyszałam, że Andrea wstał. Tradycyjnie skierował swoje kroki do łazienki, a żeby do niej dojść, musi minąć drzwi do biura, które zostawiłam na wpół uchylone.

Andrea zatrzymał się w drzwiach i wysłał mi buziaka. Wydmuchnął go w moją stronę i zamiast pójść do łazienki, zrobił dwa kroki w moja stronę i rozłożył ramiona w geście… utulającym.

Kocham ten gest. Oddaje całą swoją opiekuńczość, miłość i zaangażowanie. Więc i ja wyciągnęłam ręce, Andrea podszedł do mnie i przytuliliśmy się na dzień dobry.

I mimo, że praktycznie codziennie od 11 lat w taki sposób witamy dzień, za każdym razem jest świątecznie.

Andrea zrobił jeszcze jeden gest, który nazywamy “Topolini”, ale opowiem o nim innym razem, bo i tak rozpisałam się, a chciałam tylko o przytulaniu napisać. Wyszła epopeja, trudno.

Myślę, że to jest ważne, by o tym mówić. To nie jest zwykły slogan, że trzeba się przytulać. To nie tylko odkrycia naukowe i świadomość, że przytulanie wyzwala mnóstwo substancji chemicznych uzdrawiających. To nie ta wiedza nas uzdrowi, ale praktyka.

Mijają godziny, a ja nadal czuję ten uścisk, bo popłynęła za nim energia, intencja, otwarte serce.

I w tej energii pozostaję cały dzień i wszystko, co robię, ma zupełnie inny wymiar, bo jest podszyte głębokim spokojem i poczuciem szczęścia.

Cały ten długi wpis miał być o przytulaniu, a wyszło w sumie jedno czy dwa zdania

Ja teraz wracam do szkolenia. Potrzebowałam zmian, potrzebowałam tuningu i kiedy byłam już gotowa, pojawiło się to szkolenie, które znam w wersji angielskiej, ale nie jestem mistrzem angielskiego i co po polsku, to po polsku.Kolejny raz mam dowód na to, że wszystkie moje marzenia realizuję jak po sznureczku.

Dziękuję, że czytasz do końca 🙂